Mroczna Lana Del Rey

Po rajskim świecie Lany del Rey na Born To Die śladu nie ma. Nowy album Ultraviolence to melancholijna i zaskakująca kompilacja 11 pięknych utworów oraz odkrycie kolejnego oblicza artystki. Choć premiera miała miejsce kilkanaście dni temu, album zdążył już zająć pierwsze miejsce na liście Billboard 200 jako najlepiej sprzedająca się płyta w Stanach Zjednoczonych.

Krążek rozpoczyna Cruel World. Lekko psychodeliczny początek może nieco zniechęcać słuchacza. Na dodatek nie brzmi jak wstęp i wprowadzenie do mizantropijnej historii jaka przeplata się przez wszystkie piosenki. Słowa takie jak „(…)you’re young, you’re wild, you’re free(…)” warto przypiąć na zakończenie i zwieńczenie, bo idealnie podsumowuje wszystko, co się znajduje na albumie. Każdy numer to osobna historia pełna tajemnic, którą słuchacz poznaje z każdym kolejnym odsłuchaniem całości.

Tytułowy numer Ultraviolence mieliśmy okazję usłyszeć jeszcze przed premierą płyty. Komórkowe nagranie wersji koncertowej bije na głowę tą studyjną, co zdecydowanie zaszkodziło utworowi. Wersja oficjalna to flegmatyczne zniekształcenie świetnej piosenki , która zapewne znudzi się bardzo szybko. Ale nie przesadzajmy, utwór nadal zajmuje silną pozycję i wróżę mu ogromny sukces.

 

Zamiłowanie Lany do ballad ma swoją kontynuację przy Shades of cool . Powściągliwy głos Liz (skrót od jej prawdziwego imienia Elizabeth) jest magiczny, a sama piosenka ma dużo przestrzeni. Brooklyn Baby natomiast przywołuje na myśl lata 70 i klimat tytułowego Nowego Jorku. Piosenka nieco odciąża od reszty dość ponurego repertuaru i przypomina udany cover Lany Chelsea Hotel, co okazuje się dobrym posunięciem. Jednak numerem jeden, liderem i prawdziwą perełką jest West Coast. Ta niepowtarzalna i wyjątkowa piosenka wprowadza w inny świat . Syrenie chóry, trochę psychodelicznych nut i trudna do wytworzenia w muzyce przestrzeń tworzą istne arcydzieło porównywalne z geniuszem chociażby Ride.

2

Kolejnym hitem okazuje się być niepozorne Pretty When I Cry. Gitarowe wejścia i niezwykle wysokie partie wokalne (w porównaniu z dołami na całym albumie) tworzą piękną emocjonalną opowieść. Nie sposób się nie wzruszyć i przestać odtwarzać w kółko. Gdy już się ochłonie i nacieszy perełkami, dopiero wtedy dostrzegam kilka minusów. Utwory takie jak Sad Girl ,Old Money czy Guns And Roses nie wydają się być szczególnie charakterystyczne, a tylko przeciągają smutny schemat.

Ultraviolence, mimo kilku niedociągnięć jak brak wyraźnej perkusji czy mocniejszej linii basowej, jest dobrze przemyślany. Klimat przypomina ten z utworów Antony and the Johnsons, ale to Lana. Musi być bardziej retro i wyjątkowo. Miałam przemilczeć kwestie związane z promocją albumu i plotkami, ale Grant sama zaczęła opowiadać o tym do jakiego czasu w jej życiu odnoszą się poszczególne piosenki. Zaczęto także przypinać piosenkom łatki jak w np. Fucked My Way Up To The Top zarzucono nienawiść Lany do Lorde. Nie ma co zasłaniać geniuszu producenckiego im. Auerbach’a i wykonania del Rey takimi bezwartościowymi chwytami marketingowymi, bo tak świetnej płycie może szybko skończyć się dobra passa.

 

 

Ewelina Predecka

Zdrodla zdjęć:

www.weheartit.com

 

Share