Rzuciła pracę na etacie, aby pracować w… Antarktyce! Przeczytajcie wywiad z Pauliną z Konina.

Rzuciła prace w korpo, aby pracować na... Antarktyce

Paulina to nieprzeciętna kobieta. Miała studiować mechanikę i budowę maszyn, a skończyła – germanistykę w Poznaniu. Pracowała w dziale HR. I któregoś dnia… zakochała się w lodowcach. Zaintrygował mnie jej post, dotyczący poszukiwania pracy, który znalazłam na jednej z popularnych grup w mediach społecznościowych. Nie było to typowe, standardowe ogłoszenie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to zdjęcia! Śnieg, lodowce, Polska Stacja Antarktyczna. Zagłębiając się w ofertę, dowiedziałam się, że Paulina pewnego dnia, postanowiła rzucić wszystko i wyjechać na Antarktykę. O tym, jak jej się udało wyjechać na koniec świata, jak wyglądała jej praca w Antarktyce i jak wraca się do rzeczywistości po miesiącach spędzonych na praktycznym odludziu – przeczytacie w wywiadzie!

Różnice między Antarktyką, Antarktydą a Arktyką wyjaśnia Piotr Horzela w tym filmie: https://www.youtube.com/watch?v=rvqaneuf1f4

Ewelina Salwuk-Marko: Skąd pomysł, aby rzucić wszystko i wyjechać na koniec świata, na Antarktykę?

P.Z. To było moje marzenie jeszcze z okresu dzieciństwa. Mój dziadek Zygmunt był dla mnie niezwykle ważny. Uwielbiałam spędzać z nim czas. Często pokazywał mi globus oraz atlas geograficzny. Był najukochańszym człowiekiem na świecie. Dzięki niemu szybko nauczyłam się czytać i pisać. Był geografem. Pamiętam bardzo dobrze, jak czytaliśmy książkę Centkiewiczów o pingwinach „Zaczarowana Zagroda”. I wtedy wspomniałam mu, że kiedyś chciałabym zobaczyć je w naturalnym środowisku, a nie w zoo. Byłam z nim bardzo związana. Nawiązując do odpowiedzi na Twoje pytanie, to ta myśl o wyjeździe pojawiała się w mojej głowie co jakiś czas. Aż któregoś dnia postanowiłam spróbować.

Byłam uczestnikiem 44. wyprawy. Na Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego spędziłam łącznie 115 dni. Jest to Stacja całoroczna, naukowo-badawcza, położona nad Zatoką Admiralicji na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych – 120 kilometrów od wybrzeży Antarktydy. Przebywałam tam w czasie trwania antarktycznego lata. Na wyspie tej znajduje się łącznie 11 stacji m.in. peruwiańska, amerykańska czy chilijska.

E.S.-M. Jak zaczęła się Twoja przygoda z Antarktyką?

P.Z. Od kilku lat obserwuję wydarzenia Stacji w mediach społecznościowych i na stronie internetowej. Nabór na pracowników Stacji prowadzony jest co roku, szczególnie na stanowiska naukowe i techniczne (mechanicy, spawacze czy elektrycy). Kilka lat temu pojawiło się stanowisko administratora części hotelowej oraz pomocy w kuchni. Stanowisko to nie wymaga konkretnego wykształcenia czy też doświadczenia. Natomiast niezwykle ważna jest znajomość języków obcych. Na to stanowisko, może aplikować każdy. Na 44. wyprawę zgłosiła się rekordowa ilość osób – 1548 kandydatów na 16 miejsc.

E.S.-M. Jak wygląda proces rekrutacji na taką Stację?

P.Z. Po wysłaniu zgłoszenia w grudniu, zostałam zaproszona w kwietniu na rozmowę kwalifikacyjną do Instytutu Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. W połowie maja otrzymałam informację o przyjęciu mojej kandydatury. Musiałam przejść badania lekarskie i psychologiczne. Następnie przygotowywałam się do wyprawy odbywając szereg kursów i szkoleń. Musiałam m.in zrobić kurs radiooperatora oraz indywidualnych technik ratunkowych. Istotnym jest wiedzieć, jak się zachować w momencie kiedy wpadniesz do lodowatej wody.

E.S.-M. Jak przekonałaś do siebie rekrutujące Cię osoby?

P.Z. Myślę, że decydującą rolą była osobowość. Od dziecka miałam szalone i niesztampowe pomysły, które starałam się wcielać w życie. Warto dodać, że letnicy zostają na Stacji tylko w okresie antarktycznego lata, a zimownicy pozostają aż do zimy – czyli cały rok.

W 2018 roku wysłałam pierwsze zgłoszenie, które zostało odrzucone. W przeciągu roku (od złożenia pierwszej aplikacji), aż do czasu złożenia ponownego wniosku, w moim życiu wiele się pozmieniało. Rozwiodłam się, w związku z tym zmieniłam nazwisko, stan cywilny i miejsce zamieszkania – natomiast jedno pozostało niezmienne – chęć udziału w wyprawie.

E.S.-M. Co było dla Ciebie wyzwaniem podczas przygotowań do wyprawy?

P.Z. Dowiedziałam się na 2 tygodnie przed szkoleniem z indywidualnych technik ratunkowych, że w trakcie jego trwania należy przepłynąć całą długość basenu. A ja – nie potrafię pływać! Gdy byłam dzieckiem, utopił się przy mnie chłopak. W związku z tym miałam barierę psychiczną. Baseny w okresie wakacji były zamknięte, instruktorzy pływania w tym czasie pracowali jako ratownicy nad morzem lub nad jeziorem. Na 3 dni przed egzaminem – zaczęłam kurs pływania. Byłam bardzo zmotywowana i zdeterminowana. Udało mi się nauczyć unosić na wodzie “pływać” w ciągu dwóch lekcji. Na grzbiecie przepłynęłam całą długość basenu. I – zaliczyłam! Dzięki temu na tyle pokochałam wodę, że na Stacji starałam się morsować tak często, jak tylko było to możliwe. Było to niesamowite uczucie i nieziemskie przeżycie. I oczywiście bardzo zdrowe dla organizmu.

Paulina morsuje w Crocs-ach

E.S.-M. Jak przebiegała podróż z Polski na Antarktykę?

P.Z. Moja podróż (w skrócie) wyglądała następująco: lot z Warszawy do Madrytu, następnie do Santiago de Chile, kolejno do Punta Arenas i ostatecznie na wyspę Króla Jerzego. Jeśli podróż miałaby odbyć się statkiem z Gdyni, mogłaby trwać nawet do 6 tygodni (w zależności od pogody oczywiście).

W trakcie mojej przygody w Antarktyce miałam możliwość podziwiania jej z lotu ptaka. Byłam bardzo wzruszona widokiem wschodzącego słońca i promieniami, które odbijały się na lodowcach. Jakbym była w innym wymiarze, w innym świecie. Odczuwałam niesamowitą wolność, przede wszystkim pływając zodiakiem (pontonem) po antarktycznych wodach. Spektakularne wrażenie zrobiło na mnie także rozgwieżdżone niebo. Jestem niesamowicie wdzięczna za to, iż miałam możliwość podziwiania tak unikatowego miejsca wraz z jego niezwykłą fauną i florą.

E.S.-M. Pracowałaś na Stacji Antarktycznej. Jakie były Twoje obowiązki? Jak spędzałaś czas wolny?

P.Z. Jak wspomniałam wcześniej pracowałam na stanowisku administratora części hotelowej oraz pomocy w kuchni, prowadziłam również monitoring ruchu turystycznego w Antarktyce. Na Stację przybywali naukowcy z całego świata, dla których byłam osobą pierwszego kontaktu. Przyjmowałam też statki turystyczne z pasażerami, którzy odwiedzali wyspę, a w podziękowaniu – obdarowywali nas świeżymi owocami (które w Antarktyce są prawdziwym rarytasem). Praca w kuchni to przede wszystkim pomoc kucharzowi i odpowiedzialność za magazyn żywnościowy. Na Stacji nie brakuje żywności, mamy spory jej zapas.

Pracując na Stacji zarabiasz pieniądze, których nie masz jak wydać. Stacja zapewnia Ci wszystko: posiłek, odzież oraz zakwaterowanie.

Latem na Stacji jest bardzo dużo pracy, mimo to starałam się wykorzystać jak najlepiej każdą wolną chwilę. Biegałam, morsowałam, obserwowałam i fotografowałam faunę i florę antarktyczną oraz spełniłam marzenie o tym, aby zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku. Dla mnie – inna czasoprzestrzeń. Czułam się jak w najpiękniejszym śnie, z którego nie chciałam się obudzić.

E.S.-M. Jeśli wyjeżdża się na wakacje do Hiszpanii czy Norwegii, zazwyczaj wiemy, jak się spakować, co ze sobą zabrać. A co zabiera się na taką wyprawę?

P.Z. Przede wszystkim trzeba być przygotowanym na każdą pogodę. Pogoda potrafi zmienić się w ciągu chwili np. duże wahania ciśnienia atmosferycznego, silny porywisty wiatr.

Zabrałam dwa bagaże po 25 kg, bagaż podręczny i mały plecak. Wzięłam ze sobą kilka koszulek, bluz oraz spodni, crocsy i buty do biegania, natomiast kalosze (bardzo przydatne), buty trekkingowe oraz odzież wierzchnią zapewnił nam pracodawca. Koleżanka, która była wcześniej na Stacji namówiła nas na spakowanie szpilek oraz sukienek. Przydały nam się podczas celebrowania święta Stacji czy też urodzin członków wyprawy. Najczęściej chodziliśmy ubrani na sportowo: wygodne buty, bielizna termoaktywna i dres. Tak naprawdę spakowałam zdecydowanie za dużo rzeczy.

Przed wyprawą trzeba ocenić, ile potrzebujesz np. pasty do zębów czy szamponu do włosów. W magazynie znajdują się zapasy ale może ich zabraknąć. Trzeba przemyśleć wszystko dokładnie. My kobiety musimy wziąć też pod uwagę menstruację. Wyobraźcie sobie zapas podpasek na rok. Mi wystarczyły dwa kubeczki menstruacyjne. Są one higieniczne, bezpieczne, zabierają mało miejsca, a przede wszystkim są przyjazne dla środowiska.

E.S.-M. Jak wyglądał powrót do kraju? Jak po takiej podróży wraca się na „stare śmieci”?

P.Z. Podczas lockdownu, który związany był z pandemią, byłam w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Pod koniec pobytu płynęliśmy ze Stacji statkiem do Chile, Viña del Mar. Powrót do Polski to była bajka, 17 wspaniałych i niezapomnianych dni cudownego rejsu. Nazwałam ten rejs „wyprawą morską lotem albatrosa”. Miałam niesamowitą przyjemność zobaczyć albatrosy wędrowne, delfiny, wieloryby(które pływały także przy Stacji w zatoce) i wiele innych zwierząt – takie prawdziwe animal planet live. Moja cała wyprawa licząc od dnia wylotu z Polski do powrotu, trwała równo 160 dni.

Kocham swoje miasto, zawsze będę mieć do niego sentyment. W żadnym innym mieście nie ma jednak tylu atrakcji, tej adrenaliny i przygody jakie miałam na Stacji. Dzięki podróży i pracy w Antarktyce wiem lepiej, czego chcę od życia.

E.S.-M. Czy wydarzyło się coś oryginalnego, ciekawego podczas wyprawy, co Cię zaskoczyło? Jakaś ciekawostka, o czym możemy nie wiedzieć lub się jej nie spodziewać?

P.Z. Każda Stacja obchodzi swoje własne święto Stacji – takie urodziny, rocznicę powstania Stacji. To jest niesamowite, wyobraź sobie jedną małą wyspę i kilka różnych kultur oddalonych od siebie o kilkanaście kilometrów. Płyniesz na nie zodiakiem (pontonem), podziwiając niezwykły krajobraz czy zwierzęta (pingwiny, wieloryby itp.). Na miejscu, stykasz się z inną kulturą, innymi ludźmi. Poznajesz ich zwyczaje oraz muzykę. Próbujesz regionalnych potraw albo tańczysz sambę z Brazylijczykami. Kuchnia chińska i peruwiańska skradły moje serce. To według mnie jest po prostu niesamowite. I oczywiście, wspomniane przeze mnie rozgwieżdżone niebo… tego naprawdę nie da się opisać, to jest niewyobrażalne piękno, zapierające dech w piersiach. Tego nie zobaczymy w telewizji, to trzeba przeżyć na żywo.

E.S.-M. Jak zareagowali najbliżsi na informację o Twoim wyjeździe?

P.Z. Moja przyjaciółka z pracy powiedziała, że dla niej to jest jak wyprawa na Marsa czy na Księżyc. Na początku wszyscy robili duże oczy ze zdumienia. Ale znają mnie – to jest Paula – mówili, z nią wszystko jest możliwe.

Podczas pobytu na wyspie na samym początku, dzwoniłam do rodziców codziennie, później raz w tygodniu, ale codziennie meldowałam się smsem, że wszystko jest OK.

E.S.-M. Dzięki Twojemu ogłoszeniu dotyczącym poszukiwania pracy, nawiązałyśmy kontakt. Przyznam, że jego treść bardzo mnie zaintrygowała. Tym samym chciałabym zobaczyć minę osoby rekrutującej, która zobaczy w Twoim CV – pobyt i pracę na Stacji Antarktycznej. To nie jest byle co, wręcz przeciwnie – ogromna kreatywność i niesamowita odwaga…

P.Z. Decydując się na udział w wyprawie, postawiłam wszystko na jedną kartę. Wyjeżdżając, zwolniłam się ze stałej, etatowej pracy. Pracowałam w jednej firmie przez 12 lat. Teraz po powrocie do Polski potrzebuję pracy – to oczywiste. Szukam ciekawej, oryginalnej i kreatywnej pracy, najlepiej wśród zieleni i pięknych krajobrazów. Znam bardzo dobrze język niemiecki oraz komunikatywnie angielski. Mogłabym pracować w każdym zakątku Polski, ale mogę wyjechać poza jej granice.

E.S.-M. Czy planujesz jeszcze wrócić na Antarktykę?

P.Z: Mogłabym tam wrócić od razu (śmiech)! Jeden dzień tam przeżywałam intensywniej niż miesiące tutaj. Prawdziwa przygoda mojego pięknego życia. Każdy z nas pracował naprawdę ciężko, ale widoki, kontakt z naturą – wynagradzały wszystko. To tak niesamowite, fenomenalne i nieziemskie miejsce. Zaczynasz doceniać inne wartości, mieć inne marzenia i cele. Dostrzegasz otaczający Cię świat.


Z Pauliną Zielińską rozmawiała Ewelina Salwuk-Marko

Zdjęcia: Archiwum prywatne


Komentarze

komentarze